Film

Doktor Strange

dnia

Jakie to ładne. Tak jednym zdaniem można podsumować najnowszą produkcję Marvela pt. „Doktor Strange”. Jest to typowa filmowa geneza postaci, która skupia się na początkach powstania bohatera, a więc poznajemy go jeszcze jako zwykłego człowieka, aż po pierwsze kroki w roli zapewniającej mu miejsce w panteonie Marvela.

W przypadku Strange’a przemiana nie tyle miała związek z jego fizycznością i zdobyciem wyjątkowych, unikatowych mocy, ale – a może nawet przede wszystkim – z przemianą wewnętrzną, z kształtowaniem się zarówno duszy, jak i psyche naszego bohatera. Od zadufanego, zapatrzonego we własną doskonałość chirurga, po oświeconego i działającego w imię dobra ludzkości mistyka. Ścieżka tej przemiany, tego kształtowania ducha i umysłu w filmie została mocno okrojona do kilku scen/obrazów. Ale nic dziwnego, bo przecież wymiar czasowy każdej ekranizacji wymusza takie spłycenia. Ratuje sytuację znakomita rola Benedicta Cumberbatcha, który zachwycał jako Sherlock Holmes – on wszak też był genialnym egocentrykiem, więc aktor miał już wprawę w graniu takich charakterów. Łatwo było mu więc odnaleźć się w roli znakomitego chirurga Stephena Strange’a, który ulega wypadkowi…i traci wszystko. Wraz z utratą pełniej władzy w dłoniach o kontynuowaniu pracy i kariery może zapomnieć. A przecież brylowanie (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) na salach operacyjnych, pośród najtrudniejszych przypadków było sensem życia Strange’a. Mocno zaakcentował to początek filmu, jasno wskazujący, iż doktor nie ratuje życia ludzkiego dla samej idei jego ratowania. On robi to, bo może, bo raz za razem udowadnia wszystkim – i najbardziej samemu sobie – że podołał, że znów odniósł sukces. To człowiek uzależniony od przekonywania własnego ego, jak jest wielkie. Jego praca to pokonywanie ograniczeń, przełamywanie barier. Swoista idee fixe, że ludzki umysł jest zdolny podołać każdemu wyzwaniu, zdolny jest bowiem – samą determinacją w dążeniu do celu – pokonywać przeciwności. Kiedy więc taki człowiek traci możliwość codziennego udowadniania światu swojej wielkości, uznaje, że stał się niczym. Traci to, co go definiowało (przynajmniej w jego oczach), to, co czyniło go spełnionym. Nic więc dziwnego, że zrobiłby wszystko, by to odzyskać.

Wyprawa do Tybetu jest ostatnią deska ratunku, aktem desperacji, krzykiem rozpaczy, kiedy nasz bohater gotów jest nawet zawiesić swoją niewiarę i poddać się idei magicznych rytuałów, by odnaleźć to, co utracił. Musi odrzucić chłodny, brutalny realizm, jakim kierował się dotychczas. Musi zawierzyć, że jest coś poza światem materialnym. Inny wymiar, poza osnową rzeczywistości.

Strange przemienia się z brutalnie pragmatycznego egocentryka w jednostkę uduchowioną, zdolną do poświęceń, otwierającą się na mistyczne doznania i bogactwo emocji, wynikających z międzyludzkich kontaktów. Zaczyna odczuwać coś więcej, niż charakterystyczny dla dawnego siebie egocentryzm.

Superbohaterstwo opiera się na stratach. Większość bohaterów tego komiksowego świata staje się herosami (w sensie duchowym, mentalnym) właśnie przez stratę, jakiej doświadczyli. Moce są tak naprawdę dodatkiem, wypadkową zdarzeń. To, jak ich właściciele z nich skorzystają determinuje najczęściej doświadczone przez nich osobiste cierpienie, personalna, emocjonalna strata, zupełnie burząca ich dotychczasowy, uporządkowany świat. Nie inaczej jest tutaj i choć „strata” Strange’a nie jest związana ze śmiercią kogoś bliskiego, to jednak nadal jest to presja wynikająca z utraty czegoś dla takiego egocentryka najważniejszego – sprawności i samodzielności.

Film jest typową produkcją Marvela, jakie obserwowaliśmy już wielokrotnie. I choć wprowadzono tu rzadki wątek magii, to jednak status quo pozostaje niezmienne. Efektowne walki i wizualnie dopieszczone pościgi przeplatają się z głębokimi, metafizycznymi rozważaniami o sensie dobra i zła, świecie i tym, co sobą reprezentuje oraz dlaczego warto go chronić.

Fabuła – no cóż, nie zaskakuje, ponieważ jej finał z grubsza znamy. Doktor Strange musi się pojawić, Stephen musi odrzucić zadufanie i egocentryzm na rzecz przyjęcia duchowej, mistycznej odpowiedzialności. Od typowej postaci Marvela różni go jedynie to, że jego przeciwnicy pochodzą spoza naszego wymiaru, a walka z nimi jest nie tyle burzeniem miast, co raczej naginaniem przestrzeni ku własnej woli i potrzebom. No, ale skoro scenarzyści marvelowskiego Domu Pomysłów nie wahali się użyć w komiksowej koncepcji nordyckiego boga, to co mogłoby ich powstrzymać od użycia magii?

Nie brak w filmie humoru. Ironia jest jednym z nieodzownych elementów większości opowieści o bohaterach w trykotach i choć głównym atrybutem Strange’a jest czerwono-niebieski płaszcz lewitacji, zamiast obcisłych gatek, to jednak konceptualnie oparty jest na tych samych schematach, co inni z panteonu. Tak, jak np. Daredevil, Strange korzysta z potęgi ludzkich zmysłów. Z tym, że jeden opiera się na ich racjonalnym – choć wyolbrzymionym – wykorzystywaniu, a drugi sięga nimi ku źródłom magii. Obydwaj stali się tym, kim się stali w obliczu osobistej tragedii, utraty fizycznej sprawności, która pozwoliła im w pełni rozwinąć ducha. Kiedy jeden ze zmysłów słabnie, wyostrzają się pozostałe. Nieprzypadkowo wspominam Daredevila, gdyż jest to według mnie postać mocno tożsama ze Strange’em, choć pozornie wydaje się różna. Obydwaj bohaterowie swoją siłę czerpią nie tyle z czynników zewnętrznych, co z własnego wnętrza.

Jakie to ładne – powtórzę. I to bez cienia ironii. „Doktor Strange” to film, który z jednej strony nijak nie wyróżnia się spośród filmografii Marvela, a jednocześnie doskonale wyważył proporcje przy postaci stosunkowo trudnej. Owszem, może zbyt wyraźnie nakreślono rozdziały, zbyt grubą krechą odkreślono sceny walk od mistycznych dialogów i rozważań. Ale zamaskowano to zgrabnym humorem sytuacyjnym i kilkoma żartobliwymi scenami, co nieco złagodziło też – znajomy mi – ponury obraz Doktora, mierzącego się wszak w swej karierze mistyka z najgorszymi demonami, jakie znają inne wymiary.

„Doktor Strange” to nic innego, jak doskonałe nakreślenie postaci i przygotowanie pod pełnoprawną fabułę z mistycznym wojownikiem. I dobrze by było, bowiem Cumberbatch udowodnił, że świetnie rozumie swojego bohatera i potrafi go umiejętnie zagrać. Pozostali aktorzy w filmie też grają całkiem przyzwoicie. Mikkelsen jest aktorem charakterystycznym, kojarzącym się z postaciami negatywnymi, więc dobrze wpasował się w rolę głównego antagonisty, motywowanego rozpaczą po utracie rodziny. I choć sama postać nie dała mu wielkiego pola do popisu, to doskonale odnalazł się w komiksowej, popkulturowej estetyce.

Znajoma koncepcja, że zło skaża każdego, kto się mu odda i roi sobie, że potrafi nim zawładnąć staje się tu przyczyna spektakularnego pojedynku. I można by się czepiać, że Strange – jako, bądź, co bądź, początkujący mistyk – nadspodziewanie dobrze sobie radzi w walce z przeciwnikiem, któremu ulegli o wiele bardziej doświadczeni strażnicy. Można by się czepiać jeszcze wielu innych rzeczy ( jak zawsze), ale po co? To dobre kino rozrywkowe, które nie popełniło błędu „Legionu samobójców” i nie stało się teledyskiem. Może jest nieco za mało mrocznie, za mało tajemniczo… Ale nie zapominajmy, że to Marvel. To ludzie w trykotach. Tu wszystko musi być z przymrużeniem oka.

4 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Doktor Strange
Tytuł oryginalny: Doctor Strange
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Scott Derrickson
Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Mads Mikkelsen
Dystrybutor: Disney

zobacz w cc

Polecamy także