Literatura

Edward Lee – Wyrywacz rogów

Opublikował

dnia

patronat

„Dom Horroru”, pozostając konsekwentnie ostoją twórców wyłamujących się z konwencji, uprzystępnia rodzimemu miłośnikowi kolejną powieść Edwarda Lee. Wybór autora, w kontekście polityki wydawniczej oficyny, nie jest przypadkowy. Jednakże „Wyrywacz rogów” może stanowić, nawet dla zagorzałych miłośników opowieści tego pisarza, zaskoczenie.

Pozornie nie brak w opowieści tego, co jest znakiem rozpoznawczym Lee: obrazów zaściankowości w najgorszym, wulgarnym – również językowo – wydaniu; zgoła niesielankowych obrazów prowincji i jej sfrustrowanych szarą codziennością mieszkańców, którzy własne kompleksy i poczucie winy przeżywają niezależnie od miejsca aktualnego zamieszkania. Nie potrafiący odnaleźć się w wielkomiejskiej rzeczywistości, nie umieją zarazem powrócić tam, skąd uciekli, gnani tęsknotą za lepszym życiem. Są postaciami karykaturalnymi, przedstawianymi przez autora często z satyrycznym zacięciem. Zarazem jednak nie są oni zabawni, a raczej przerażający we własnym uwikłaniu w rzeczywistość, którą rozumieją jedynie w ograniczonym stopniu. Taki też jest protagonista „Wyrywacza rogów” – Dean Lohan to niegdyś ulubieniec prowincjonalnej społeczności i zabijaka, dziś potulny mąż-pantoflarz. Przemiana, jaka stała się jego udziałem pozostaje ceną, płaconą przezeń za wyzbycie się przeszłości, z którą nie potrafi się pogodzić. Ta jednak, choć wyparta, powraca i sprawia, że Dean musi stanąć do konfrontacji z własnymi demonami, w czym pomoże mu domorosły psycholog bez dyplomu, alkoholik, obsesjonat a zarazem jego najlepszy (i jedyny zresztą) przyjaciel. [UWAGA SPOILER]. Obu im będzie dane zmierzyć się – niczym w terapeutycznej opowieści – z Jungowskim cieniem Deana, a w nagrodę otrzymają możliwość życia autentycznego, oczywiście na miarę własnych możliwości: niespełniony erotoman zakocha się w podstarzałej gospodyni, zaś protagonista odnajdzie dawną miłość; obaj też zamieszkają na prowincji, która okaże się dla nich najlepszym miejscem do życia w zgodzie z własnym temperamentem i upodobaniami. Można zatem potraktować zakończenie opowieści Lee jako happy end, nawet jeśli szczęście protagonisty polega na biciu partnerki po to, aby utrzymać wysoką temperaturę uczuć (zgodnie z maksymą „jak bije, to kocha”). [KONIEC SPOILERA].

Można byłoby potraktować opowieść Lee jako literacki żart, z gatunku należących do czarnego humoru, a przecież nie brak w utworze scen drastycznych. Również przejścia, które są udziałem głównych bohaterów, przesycone absurdem egzystencjalnym, skłaniają raczej ku namysłowi nad ludzkimi wyborami, niż są pretekstem do kpin z nich. Być może zatem powieść Lee nie jest tym, do czego przyzwyczaił nas ów pisarz (a pośrednio i „Dom Horroru”, nastawiając się na ofertę adresowaną do miłośników horroru ekstremalnego). Czym jednak miałby być w takim razie „Wyrywacz rogów”?

Historia Deana to przede wszystkim nie opowieść grozy, lecz – wykorzystująca (w dość ograniczonym zresztą zakresie) jej rekwizytornię – mroczna baśń terapeutyczna o dochodzeniu do życia autentycznego (nie jedyna zresztą pośród utworów, które ukazały się ostatnio na rodzimej giełdzie literackiej; przypomnijmy znakomitą „Bestię” Peternelli van Arsdale). Tym zapewne należy tłumaczyć sięgnięcie przez pisarza po wątki mityczne, związane z legendą o Minotaurze i jego matce. Relacje łączące ją z synem, a zarazem ich oboje z mieszkańcami rodzimej wioski Deana, są tyleż skomplikowane, co nacechowane okrucieństwem.

Trzeba bowiem zaznaczyć od razu, że w „Wyrywaczu rogów” nie mamy do czynienia z uładzoną wersją mitu o mieszkańcu kreteńskiego labiryntu; przeciwnie: w opowieści eksponowana jest właściwa dla twórczości Lee cielesność tej istoty i jej seksualność, wpisana w kontekst przemocy. Jednocześnie pisarz sięga po wątki znane z mitologicznej opowieści, aktualizując je w zgodzie z (po)nowoczesną świadomością estetyczną miłośników horroru ekstremalnego (stąd zapewne miecz został zastąpiony urządzeniem do wyrywania rogów, nić – jelitami ofiar, zaś labirynt – korytarzami porzuconej kopalni).

Nie powinien zatem zwieść nikogo brak, znamiennego dla tomów wydawanych przez „Dom Horroru”, znaczka sugerującego istnienie dolnej granicy wieku odbiorcy: ten bowiem – mimo iż to opowieść o dorastaniu do prawdy o sobie – musi być już dorosły (przynajmniej w świetle prawa). Najlepiej też, aby dojrzał estetycznie i intelektualnie do wizji oferowanej przez Lee bowiem jedynie wówczas dane będzie doświadczyć mu mrocznej wzniosłości „Wyrywacza rogów”.

6 out of 6 stars

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Edward Lee – Wyrywacz rogów
Tytuł oryginalny: The Horncranker
Tłumaczenie: Łukasz Zbrzeźniak
Wydawca: Dom Horroru (2019)
Ilość stron: 168

Polecamy także