Muzyka

High on Fire – Luminiferous

Opublikował

dnia

luminiferous a

Albo coś złego dzieje się z moim gustem, albo rok 2015 zapamiętam jako ten, w którym ukazało się dużo naprawdę dobrych i wręcz znakomitych płyt. Coraz częściej zdarza mi się pilnować, żeby pisząc kolejną recenzję nie wyskoczyły mi spod palców słowa – „najlepszy album od lat”, albo co gorsza – „najlepszy w karierze”. W przypadku siódmego dziecka stonerowców z High On Fire trudno użyć powyższych zwrotów, bowiem ciężko jest przeskoczyć poprzedni album, znakomity „De Vermis Mysteriis”. Posłużę się więc fortelem i ujmę prawdę w ten sposób: „Luminiferous” to jedna z najlepszych płyt tego roku. Przynajmniej do tej pory.

Ekipa Matta Pike’a od ponad piętnastu lat uparcie i konsekwentnie atakuje słuchaczy swoją specyficzną mieszanką Motörhead, Black Sabbath i… Celtic Frost. Wystarczy zresztą posłuchać otwierającego całość „The Black Pot”. Bardzo drapieżny i energetyczny numer, gna niczym Lemmy w amoku, refreny i wokal przypominają Toma Warriora, a w niektórych momentach pobrzmiewają frazy podebrane z głowy Iommiego. Naprawdę znakomite otwarcie płyty, które rzuca pewne światło na to, czego oczekiwać po albumie przełomowym, bowiem pierwszy raz nagranym przez Pike’a na trzeźwo. Znaki są trzy. Po pierwsze, z tekstów zniknęła mitologia i narkotyki, a w ich miejsce pojawiły się wielkie teorie spiskowe. Po drugie, Pike jeszcze bardziej rozbrykał się w solówkach, co najlepiej pokazuje (znów) „The Black Pot”, czy sabbathowym „The Sunless Years”. Po trzecie – jego wokal jest po prostu znacznie lepiej osadzony w muzyce i choć wciąż dominuje charakterystyczna obskurna chrypa i agresja bijąca z głosu, są momenty, gdy wokalista prezentuje swoje inne oblicze, jak choćby w „The Cave”. Wszędzie zaś dominują chwytliwe partie wokalne, melodie i refreny, które zaskakują mnie tym bardziej, że dotąd sądziłem, że z takim polotem wykrzyczeć słowa umie tylko Lemmy. Nie samym wokalem jednak płyta stoi. Każdy z kolejnych utworów, to po prostu autentyczny hit w swojej stonerowo/doomowej klasie, choć nie tylko. O ile taki „Falconist” czy „Carosa” to znów klasyczny Black Sabbath, to już w „The Dark Side of the Compas” jak najbardziej miesza się to z wpływami Celtic Frost (i znów świetne solo!). Ale z drugiej strony zespół potrafi uderzyć wprost thrashowymi petardami, jakimi są „Slave the Hive”, czy numer tytułowy. Podejrzewam jednak, że największym szokiem dla fanów będzie wspomniana kompozycja „The Cave”, gdzie zdarzają się zaskakująco delikatne partie, a Pike śpiewa w sposób niespotykanie delikatny, z pogłosem, dziwnie kojarzącym się z „Planet Caravan”. Są to tylko momenty, ale jakże urozmaicają tę kompozycję, czyniąc ją w zasadzie najjaśniejszym punktem albumu. Całość zamyka potężny walec, „The Lethal Chamber”, a człowiek się zastanawia, co go właściwie przed chwilą przygniotło.

Nie da się ukryć, że bardzo trudno było przeskoczyć poprzeczkę, jaką zespół postawił sobie poprzednią płytą, ale trzeba przyznać, że wyszli z próby obronną ręką. „Luminiferous” to znakomity album, który zadowoli każdego fana stoner/doom metalu, ma duże szanse spodobać się w ogóle miłośnikom ciężkich brzmień. Należy pamiętać tylko, że tutaj nie ma co liczyć na sterylne brzmienie, ładnych chłopców i słodkie piosenki. To po prostu High On Fire.

5 out of 6 stars

Recenzent: Łukasz Radecki

High on Fire – Luminiferous
Label: Century Media (2015)
Dystrybutor: Universal Music Polska

Polecamy także