Literatura

Jakub Bielawski – Ćma

dnia

„Ćma” Jakuba Bielawskiego pozbawia polską grozę łatki prozy miałkiej, przerysowanej, komiksowej. Prozy zjadającej swój ogon w rozlicznych kalkach Lovecrafta/Kinga/Mastertona/Lee (niepotrzebne skreślić). To powieść, która używa motywu grozy, jako maski w formie obcego bytu czekającego w uśpieniu w głębi starych ruin, ale równie dobrze radzi sobie kiedy (choćby hipotetycznie) ten nadnaturalny wątek odrzucimy. Z jednej strony to balansowanie na styku prozy gatunkowej oraz mainstreamu może działać na korzyść „Ćmy”, jednak z drugiej może poważnie jej zaszkodzić.

Na początek kwestia najważniejsza – jeśli spodziewacie się klasycznej pulpowej grozy, choćby nie wiem, jak dobrze napisanej, to ta książka nie jest dla Was. Z całym przekonaniem spodziewam się wobec niej wątpliwości, czy to w ogóle jeszcze jest groza, i czy podpinanie „Ćmy” pod ten gatunek jest czynem słusznym. Choć wątek nadnaturalny jest tu nakreślony bardzo konkretnie i współtworzy powieściowe zdarzenia, choć jest konieczny do domknięcia całości historii, to jednak został wpleciony tak subtelnie w tło wydarzeń, że równie dobrze można by mu zarzucić fałsz – swoistą ułudę, coś w rodzaju sennego majaku, który pozwoliłby wręcz całkowicie wyrugować grozę z powieści, oczywiście bez szkody dla spójności i logiki. Zdarzenia nadprzyrodzone można by śmiało uznać za wyobrażenia schorowanych umysłów bohaterek, a powieść ta nadal broniłaby się jako samodzielne, doskonałe w formie wyrazu, dzieło literackie.

Fenomen prozy Bielawskiego polega na korzystaniu z grozowo-weirdowego instrumentarium jedynie w formie narzędzia do uzupełnienia fabuły i nadania jej przestrzennej głębi oraz wieloznaczeniowości. Ten grozowy sztafaż to dodatek, bez którego główna oś historii zdołałaby sobie poradzić, jednak z nim zyskuje szerszy wymiar. To nie groza dla samej grozy, to nie kluczowy fundament fabuły, jak choćby w „Inkubie” Artura Urbanowicza, gdzie bez postaci wiedźmy i nadprzyrodzonych zdarzeń całość nie miałaby racji bytu. Moim celem nie jest udowodnienie, że elementy horrorowego instrumentarium w tej powieści to niekonieczny dodatek, wciśnięty na siłę. Nie próbuję udowodnić, że ta historia to taka trochę udawana groza, czy kamuflowana elementami horroru powieść głównonurtowa. Staram się natomiast zaakcentować, że Bielawski na tyle umiejętnie korzysta z elementów gatunkowych, że nie narzucają one konkretnej konwencji, a sama historia skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich losach, na ich emocjach i specyfice postrzegania przez nich świata.

„Ćma” to niezwykle staranne i oddane z pieczołowitością studium mentalności młodzieży lat 90-tych, wzbogacone o kiełkujący wątek homoseksualny. Jednocześnie uczynienie bohaterkami dziewczyn w okresie dojrzewania, które odkrywają nie tylko swoją seksualność, ale próbują odnaleźć się w zmieniającym się, oczekującym określonych zachowań i deklaracji, świecie to dosłownie majstersztyk, który pozwala ukazać koszmar dojrzewania i wiążące się z tym zagubienie, poczucie niedopasowania i emocjonalne zagmatwanie. Zwłaszcza, kiedy nie wpisujemy się w ramę klasycznych ról społecznych, jakie środowisko z gruntu nam przypisuje. To z całą pewnością sugestywna, niepokojąca powieść grozy, która jednak pod tą horrorową fasadą stara się przekazać o wiele szerszy obraz. To socjologiczna analiza, uwzględniająca głównie warstwę emocjonalną postaci, których losy opowiada.

Warsztatowo Bielawski bardzo sprawnie operuje słowem. Z pewnością nieprzypadkowe okażą się tu odwołania do prozy Wojciecha Guni, który zresztą jest autorem powieściowego posłowia. Moim zdaniem odwołania te nasuwają się odruchowo poprzez równie wysoki warsztat literacki obydwu twórców, jednocześnie będąc zupełnie błędnymi, ze względu na zupełnie różne spektrum tematyczne i stylistyczne, jakimi obydwaj pisarze się posługują. Bielawski pisze zupełnie inaczej, niż Gunia, wyraźnie widać to nawet w warstwie językowej. Autor „Ćmy” jest moim zdaniem odważniejszy w używaniu języka potocznego, stylizacji językowych służących mu do zbudowania odpowiedniego obrazu. Zabieg oddania narracji nastoletnim bohaterkom, którego użył Bielawski to zabieg nie tylko zastosowany umiejętnie, ale i konieczny dla nadania realizmu całej opowieści. Kolejną różnicą jest przede wszystkim sięganie po studium socjologiczne zachowań młodzieży u Bielawskiego, kiedy u Guni znajdziemy bardziej filozoficzne dysputy na temat roli jednostki w otaczającym świecie i jej niedopasowanie, nie przez emocjonalne wyalienowanie, co ma miejsce u Bielawskiego, ale bardziej kwestionowanie ustalonego porządku otaczającego świata oraz jego autentyczności. W prozie autora „Nie ma powrotu” bohaterowie konfrontowani z nierealnym, nadprzyrodzonym, oponują przeciw akceptacji nierzeczywistości, jednak podświadomie przeczuwają, że to rzeczywistość jest zaburzona, że coś jest z nią nie do końca w porządku. Często też trafiają w niejako obce dla siebie środowisko, które przez ową obcość, już na starcie jest dla nich nieprzyjazne i niepokojące. W „Ćmie” otoczenie, jakkolwiek mroczne, ponure i nieprzyjazne – jest dla bohaterek domem – przestrzenią doskonale znaną. Przestrzenią, którą akceptują odruchowo, niejako przez przynależność do niej z racji urodzenia. Więc łatwiej im negować jakąkolwiek możliwość wystąpienia nieścisłości w otaczającej rzeczywistości. Prędzej dostrzegą winę we wmawianym sobie własnym szaleństwie, niż będą skłonne przyznać, że to rzeczywistość wokół nich się wypacza. A kiedy już ten fakt zaakceptują – jest dla nich za późno, są stracone.

„Ćma” to powieść nietuzinkowa, eksplorująca tematy dotychczas przez polską literaturę gatunkową pomijane, których polscy twórcy raczej się bali. Motyw młodzieńczego homoseksualizmu jest tu ukazany niezwykle umiejętnie, z całym bagażem lęków i niedopowiedzeń, jakie muszą temu doświadczeniu towarzyszyć. Pokazany z perspektywy samych nastolatków, okazuje się być głosem ważnym, ale i odważnym w uczciwości i otwartości swojego przekazu, ale i poprzez bezradność zachowań samych postaci. Nie ma tu jednak możliwości by stawiać zarzut nachalnej propagandy, czy też odwrotnie piętnowania czegokolwiek. Jest umiejętnie rozpisana historia młodych ludzi, z tragedią w tle. Tragedią, której może mogłoby nie być, gdyby tylko świat nie był taki, jaki jest.
A świat przedstawiony w powieści z pewnością nie należy do miejsc przyjaznych. Dolnośląska prowincja to miejsce szare, brudne, ponure. Trochę estetyką przypomina „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Jednak stylistycznych podobieństw u Bielawskiego doszukiwałbym się chyba bardziej u Aleksandry Zielińskiej, choćby w jej najnowszej „Sorge”, czy wcześniejszej „Burej i szale”, która to powieść stanowiła najdoskonalsze studium traumy i wynikającej z niej depresji.

Wojciech Gunia, we wspomnianym Posłowiu, odnosi scenerię „Ćmy” do dzieł Lovecrafta, i choć z pewnością jest to słuszne, to jednak nie możemy zapominać, że to porównanie w zakresie użytych środków stylistycznych i narzędzi kreacji, a nie fabularnych podobieństw. Bielawski nie kopiuje nikogo, tworzy swój własny, oryginalny język, a ukłony wobec wielkich twórców są niczym więcej, jak właśnie wyrazem szacunku, bez zbędnego, przesadnego zapatrzenia ich w mechanizmy twórcze, a raczej umiejętnym przetwarzaniem ich na swoją modłę.

Bielawski swoim zbiorem opowiadań „Słupnik” obiecywał wiele jako pisarz. W debiutanckiej powieści udowadnia dobitnie, że jest autorem ukształtowanym, dojrzałym i w pełni świadomym ścieżki, którą chce podążać. Jednocześnie awansuje do najciekawszych, choć najbardziej nieoczywistych, autorów grozy w naszym kraju. Tacy twórcy mają szansę wynieść gatunek na wyżyny, z jednoczesnym ryzykiem, że mocno i szybko oddryfują ku mainstreamowi (jak rzecz miała się z Łukaszem Orbitowskim, z Jakubem Małeckim i z Olą Zielińską). Grunt dla grozy (zwłaszcza tej wybitnej, doskonałej literacko) w Polsce nadal jest nieprzyjazny. Nadal gatunek, jak i twórcy traktowani są nieco po macoszemu (choćby Gunia, który w grozie już się od dawna nie mieści, a mainstream nadal nijak go dostrzec nie chce, właśnie przez te jego otwarte konotacje z gatunkiem). Jakub Bielawski ma z jednej strony szansę wyrwać się na szersze wody – bo takie powieści jak „Ćma” udowadniają, że jest miejsce w grozie dla prozy wybitnej, która winna przejść do historii polskiej literatury jako wydarzenie. A z drugiej borykać się będzie z wielkim brzemieniem bowiem nie trafi do szerokiego grona miłośników pulpowej grozy, a główny nurt może wcale nie chcieć go zauważyć. Jak nie dostrzega usilnie wspomnianego Guni, jak nie dostrzegał Zielińskiej, póki ta nie porzuciła gatunkowej estetyki. Bo przecież horror to nie jest proza dla poważnych ludzi… A jest to w równym stopniu nieprawda, jak i wielka krzywda dla twórców takich, jak np. Jakub.

6 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Jakub Bielawski – Ćma
Wydawca: Vesper (2019)
Ilość stron: 451

Polecamy także