Muzyka

Napalm Death – Apex Predator – Easy Meat

Opublikował

dnia

nd_ap_em

Tego typu zespołów nie trzeba nikomu przedstawiać. Weterani sceny, niedoścignieni mistrzowie gatunku, ojcowie grind-core’a, pierwszy tak szybko i brutalnie grający zespół na świecie. I chociaż nagrania debiutanckiego albumu nie doczekał żaden z oryginalnych muzyków, a jedynym, który ów album pamięta jest basista Shane Embury, to reszta składu trwa razem od dwudziestu pięciu lat. Jest to wynik niebagatelny, bowiem nie dość, że zespół regularnie koncertuje i nagrywa płyty (przez trzydzieści cztery (!) lata istnienia piętnaście dużych albumów i niezliczone epki i kompilacje), to wciąż udaje im się utrzymać bardzo wysoki poziom wykonawstwa, przy jednoczesnej wierności własnemu wizerunkowi. W tym biznesie, w tym gatunku to wynik wprost bez precedensu. I znów historia się powtarza. Wychodzi nowy album Napalm Death, a ja się dziwię, skąd w tych facetach tyle energii, tyle pomysłów, tyle samozaparcia, by wbrew wszystkiemu ciągnąć to dalej po swojemu?

Ponieważ odbieram muzykę jako całość, nie mogło się obyć bez organoleptycznego obcowania z okładką i wkładką. I muszę przyznać, że od lat chłopaki nie mieli tak wspaniałej oprawy graficznej. Ten kawał ludzkiego mięsa wystający z opakowania typowego dla marketu jest jednocześnie idealnym podkreśleniem politycznie zaangażowanych tekstów Marka „Barneya” Greenwaya, jak i całej muzycznej zawartości. Później spojrzałem na zdjęcia. No cóż, panowie się starzeją, włosy coraz krótsze, zdrowie też już nie to. A mimo to serce się raduje widząc ich wciąż razem, wciąż w formie. Dlatego kiedy odpaliłem wreszcie krążek oczekiwałem, jak to zwykle u nich bywało, intrygującego intra. I takim też jest tytułowy numer, pokręcony i industrialny, w którym Barney recytuje swój opis naczelnego łowcy nie liczącego się z niczym. Przyznam, że choć kompozycja wprowadza ładnie do całej płyty (bo że za chwilę panowie ruszają z przytupem, to wiadomo od razu), niemniej daleko jej do znamienitych otwarć z przeszłości (vide moje ulubione „Weltschmertz” ze „Smear Campaign”). I zabawne, ale utwór tytułowy, a jednocześnie otwierający całość, okazuje się najsłabszym na płycie. Nie tylko ze względu na brak mocy gitarowo-perkusyjnej.

Cały krążek wypełnia czterdzieści minut skondensowanego ataku na uszy słuchacza, wywrzeszczanego jak za najlepszych czasów buntu i protestu Greenwaya, popartego kanonadą perkusji Danny’ego Herrery, dołującym basem Emburego i szalonymi riffami Mitcha Harrisa. Trzeba jednak przyznać, że nikt tutaj nie szedł na łatwiznę i zamiast zaserwować klasyczne killery grindcore’owe (takich też tu nie brak „One-Eyed”, „Timeless Flogging”), nie unikają poszukiwań mieszczących się, oczywiście w ramach gatunku i konwencji. Wplatane często thrashowe riffy nie dziwią już od czasów „Time Waits for No Slave”, progresywne łamańce i death metalowe jazdy też są już standardem w grupie. Nie zaskoczą nikogo czyste zaśpiewy w „Dear Slum Lunlord” czy „Hierarchies”. Ale już jazzowe rozjazdy gitar w drugim ze wspomnianych kawałków czy w „Beyond the Pale” ukazują zespół od nieco innej strony. Bez obaw. To wciąż niewiarygodnie szybka i agresywna muzyka, do jakiej ND przyzwyczaili słuchaczy przez lata, jednak trzeba przyznać, że album nie należy do najbardziej przystępnych. Ale staje się też przez to jednym z najbardziej intrygujących. Do „Apex Predator – Easy Meat” pasuje idealnie oklepany slogan – wszystko co znacie plus więcej. Kolejny udany album Brytyjczyków. Jak oni to robią?

5 out of 6 stars

Recenzent: Łukasz Radecki

Napalm Death – Apex Predator – Easy Meat
Label: Century Media (2015)
Dystrybutor: Universal Music Polska

Polecamy także