Muzyka

Thy Art Is Murder – Holy War

Opublikował

dnia

holy war

Thy Art is Murder to death core’owy kwintet z Australii, który właśnie wypuścił pod szyldem Nuclear Blast swój trzeci długogrający album. W zasadzie już to powinno wystarczyć za recenzję, bo ci, którzy zespół znają, nie poczują się w żaden sposób zaskoczeni, a ci którzy słyszą o nim pierwszy raz niech liczą się z ciężkim brzmieniem, potężnymi zwolnieniami, brutalnym rykiem wokalisty i skumulowaną w trzydzieści osiem minut emocjonalną agresją. Jednak to ci pierwsi będą mieli przewagę, by w pełni docenić ten może niezbyt oryginalny, ale niewątpliwie najmroczniejszy i najbardziej złożony technicznie materiał Australijczyków.

Album stanowi doskonałą całość, wspartą zarówno niebanalnymi tekstami, jak i znakomitą okładką. Niestety, cenzorzy zadziałali i stwierdzili, że obwieszone materiałami wybuchowymi dziecko jest zbyt przerażającym wizerunkiem do płyty piętnującej fanatyzm religijny i związane z nim wojny, dlatego też obecna wersja jest znacznie grzeczniejsza. Równie klimatyczna, nie mniej dobra, ale pozwolę sobie twierdzić, że poprzednia bardziej współgrała z całością. Zastanawiające, że w porównaniu z omawianym niedawno Moonspellem, czy jakąkolwiek okładką Cannibal Corpse, czy większości okładek grindcore’wych niecenzurowany obrazek, „Holy War” jest wręcz artystycznie doskonały, okazał się jednak za mocny dla wrażliwych serc wielu odbiorców.

Na szczęście nikt nie ingerował w muzykę, która sączy się jadem i mieli niczym młyńskie kamienie, by od czasu do czasu zerwać się do wściekłych galopad popędzanych blastami. Nie zabrakło tu bardziej wyszukanych riffów, znalazło się nawet miejsce dla całkiem udanej solówki w „Fur and Claw”, że już nie wspomnę o tym, co wyprawiają gitary w kończącym całość „Naked and Cold”. Zresztą tytułami utworów można się tutaj przerzucać do woli. Od otwierającego całość, połamanego aż miło „Absolute Genocide”, gdzie w tle zawodzą zaskakująco ponure dźwięki, przez przypominający dokonania Behemoth „Light Beaer”, ultra ciężki numer tytułowy, rozpoczynający się thrashowym riffem, wściekły „Coffin Dragger”, pokręcony jak dokonania Cryptopsy czy Decapitated „Deliver Us To Evil”, po momentami wręcz przepięknie smutny „Child of Sorrow”… Tu nie ma słabego numeru, całość po prostu miażdży i poniewiera z siłą tornada. Za ten aspekt odpowiedzialny jest Will Putney, który wydobył z muzyki całą technikę i melodykę, nie tracąc przy tym jej ciężaru i mocy. Wspomniany wcześniej Behemoth nie jest tu całkowitym przypadkiem, bowiem znajdzie się na albumie kilka momentów, w których zespół daje krok w stronę blackened death metalu i tutaj rzeczywiście, również dzięki brzmieniu słuchać echa Nergala i spółki. Jest to jednak jak najbardziej komplement, bowiem Thy Art is Murder implementują elementy innego stylu jedynie by wzbogacić swój, urozmaicić cały materiał, a przede wszystkim wzbogacić go emocjonalnie. I wychodzi im to perfekcyjnie, szczególnie za sprawą bezlitosnego gardła CJ McMahona, który choć na moment nie hańbi się czystym śpiewem, tylko brutalnie wyrzyguje kolejne frazy tekstów, wyrzuca z siebie taką ilość emocji, jakiej trudno szukać u wielu pieśniarzy z bardziej melodyjnych i wrażliwych odmian muzyki.

Nie będę ukrywał, że podszedłem do płyty bez większego zachwytu. Wiedziałem, czego się po grupie spodziewać i poniekąd oczekiwania się spełniły. Jest to death core. Ale na tak wyśrubowanym poziomie, że naprawdę trudno mi się od tej płyty uwolnić.

Krótko mówiąc, syndrom trzeciego albumu Thy Art is Murder pokonali bez potknięć. Wyborna rzecz.

6 out of 6 stars

Recenzent: Łukasz Radecki

Thy Art Is Murder – Holy War
Label: Nuclear Blast (2015)
Dystrybutor: Mystic Production

Polecamy także